Takie tam kwiatki

Najwięcej miłych rzeczy z dzieciństwa Kowalskiej związana jest z jej Dziadkami. Chociaż “lokum” Seniorów rodu nie było domkiem na wsi i wspomnienia niemal pozbawione są zwierząt… No chyba, że tych wbitych na haczyk podczas wędkowania z Dziadkiem, tudzież żrących w tyłek na jagodach i grzybach…

O, o, i jeszcze takich fascynujących, białych larw, z brązową główką, wyłażących z orzechów laskowych, przynoszonych z wypraw z Dziadkiem. Kowalska je uwielbiała po prostu. Nie jeść – bynajmniej, tylko nosić, przenosić, dotykać, zbierać, gromadzić, liczyć. Swoim Dzieciom pozwoliłaby popatrzeć, dotknąć, pomacać, ale nie pozwoliłaby długotrwale “przyjaźnić” się z tym owadzim potomstwem, z racji tego, że jakkolwiek dużo ciepłych uczuć miała czteroletnia Kowalska dla tych małych kolegów, lepiej byłoby dobić je od razu.

No, ale wpis miał być o florze.

Pradziadek, czyli Dziadek Kowalskiej znał nazwę każdego drzewa, krzewu, i tych mniejszych roślin. Nie idzie przypomnieć sobie, żeby kiedykolwiek padła odpowiedź “nie wiem”.

I przysłowiową rękę miał do roślin wszelkich.

Przywiózł kiedyś na bagażniku rowerowym sześć zdechłych badyli w szarym kolorze. Zatknął to to w ziemię przed blokiem. I wyrosły imponujące jarzębiny. A ile szczęścia i radości dawały co roku małej Kowalskiej i jej siedmiu koleżankom w podobnym wieku, czerwone korale. Godzinami potrafiła siedzieć Mała Kowalska w kucki na balkonie i nizać je na nitkę, a potem suszyć. A potem Prababcia, czyli Babcia Kowalskiej ciepała to wszystko w kosz. Ale co tam, wspomnienia pozostały.

Przywiózł też kiedyś Pradziadek mizerne świerczki, wielkości męskiej, otwartej dłoni. Zatknął w ziemię. Ogrodził. I po trzydziestu latach z hakiem nadal stoją w tym miejscu strzeliste drzewa.

Pradziadek też miał kawałek działki przez jakiś czas. Sadził tam rozmaitą roślinność. Truskawki. I chociaż niemal pół osiedla miało w tym miejscu swój kawałek ziemi, i sadziło tam różne różności, i częstowali tym Małą Kowalską, to jednak Dziadkowe były naj.

I marchewki. Dorodne, soczyste, pachnące. Opłukane w deszczówce zgromadzonej w dziurze w ziemi, w której roiło się od różnych okołowodnych żyjątek. Były tam też pijawki, równie fascynujące jak larwy słonika z orzechów. A Pradziadek ową wodę w dziurze w ziemi mianował zachęcająco – gnojówką. Gnojówką, w pierwotnym tego słowa znaczeniu ciecz ta nie była, ale z całą pewnością coś do niej sr-ło, jak na przykład wspomniane pijawki, pająki wodne, i inne latające i pływające owady. Ale kto by się w tych czasach przejmował takimi drobiazgami. Ważne, że piasek w zębach nie zgrzytał.

Takich marchewek nigdy potem Kowalska nie jadła. Kto wie, czy to umiejętności Pradziadka, czy odmiana tego warzywa, a może po prostu miłość i beztroska, dawały ten smak.

A Prababcia sadziła roślinność na balkonie i na parapetach w mieszkaniu, ale o tym w kolejnym wpisie.

 

 

Zdjęcie Zwykła Kowalska

Podziel się tym z innymi 🙂

Dodaj komentarz