Dzień jak co dzień

 

Kiedy zbliża się weekend, Kowalska zawsze ma wielkie plany odnośnie rzeczy, które “porobi” w domu i naokoło domu. Wstanie wcześnie, wykąpie się i będzie działać.

Problem pojawia się już na wstępie weekendu, czyli w piątkowy wieczór, bo trzeba by było zmobilizować Chłopaków do odrobienia lekcji, żeby przez pozostałe dwa dni nie myśleć już o tym. Ale Chłopaki ni kukułki do książek zasiąść nie chcą, bo mają swoje plany weekendowe, zupełnie niekompatybilne z tym, co sobie Matka zamyśliła. Głównie Smyk staje okoniem. Kowalska swoje a Smyk swoje. I jakoś pierwsze popołudnie poniekąd zmarnowane. Usiądź, pisz, równo usiądź, pisz, no pisz, przeczytaj, jeszcze raz przeczytaj, i pisz, no pisz, równo usiądź…

Sobota. Kowalska stanie wcześniej. Ale co będzie się zrywać, kiedy w domu taka cisza i spokój i nikt się nie rusza.  No brak motywacji. A powieki takie ciężkie. No dobra. Wstajemy. Śniadanie. Ogarnąć po śniadaniu. Zobaczyć co tam w świecie słychać. Chwilkę tylko. Co? Już taka godzina? Obiad by się jakiś przydał.

No, ale po obiedzie to już Kowalska zakasze rękawy i do roboty. I zakasuje i robi coś. I nawet w to “coś” zaczyna się wkręcać. Działać, działać. Szkoda wolnego czasu, kiedy nikogo znikąd odbierać nie trzeba. Nikogo nigdzie wieść. Nagle wrzask. “Jupi i huraaaaa!!! Znalazła się moja planszaaaaa! Mamaaaa! Huraaaa! Planszaaaaa!”

Kowalska po łokcie w mydlinach, a tu takie oczy kotka ze “Shreka” wyłaniają się zza framugi. “Mamo, pograsz ze mną w Monopoly?” Kurcze, jak strasznie chciałoby się Córce odmówić, bo robota tak dobrze idzie, a w tygodniu jakoś nie… Ale codziennie niemal Mała słyszy “Nie, bo…” Bo zaraz wychodzimy przecież, bo kotlet mi się przypali, bo nad lekcjami ślęczymy, bo teraz czas na kąpiel, bo zaraz to, bo śmo.

Nie może Gwiazdce tym razem znów odmówić. Robota nie zając przecież.

I ta radość wynudzonego Dziecka. “Ja będę kotkiem. Tylko muszę jeszcze znaleźć tygrysa”. Jako, że poszukiwana figurka nie należy do pionków, Kowalska już wie, że gra będzie wkurzająca, naginająca zasady, że będzie można wziąć pożyczkę z banku, bezzwrotną, że na jednym polu będzie stał kotek a tygrys będzie skakał po planszy w oczekiwaniu na kolej Gwiazdki “To tak, żebym się nie nudziła”… Ale trzeba zagrać. Nagiąć zasady. Przestać na chwilę myśleć o zagraconej piwnicy, owłosionych schodach, praniu i innych rzeczach, na które Kowalska miała plan. Bo tak się tworzy fajne wspomnienia z dzieciństwa. O, a może by tak i Kowalskiego na chwilę od kompa odciągnąć? Niech się “pomęczy” cofając się w rozwoju do poziomu sześciolatki 😉

I wiecie co? To nie było takie straszne. Tym razem tygrys ograniczył się do obserwacji sytuacji spoza planszy. Gwiazdka ograniczyła brykanie po łóżku, które zwykle przesuwa oznaczenia pól. Były nawet śmiechy i dobre nastroje.  Żarty nawet. A Kowalska pierwszy raz w życiu wygrała w tej grze :). A Mała była po prostu szczęśliwa, mimo przegranej.

Zdarza się dość często, że Kowalska bawi się w coś z Córką. Chłopcy mają już swój świat i nie zawsze chcą tam dopuścić młodszą siostrę, więc Matka, niejako w poczuciu obowiązku, przestawia te mini filiżanki, pije wyimaginowane napoje, piecze sztuczne babeczki i podkłada głosy lalkom i pluszakom. Zdarza się jednak dość rzadko, że Kowalska przy tym wszystkim odnajduje dawną dziecięcą radość. A tak mało trzeba.

 

Zdjęcie Zwykła Kowalska

Podziel się tym z innymi 🙂

Dodaj komentarz