W sieci

Ameryka tu nie zostanie odkryta 😉

Takie luźne przemyślenie.

Załóżmy, że pracujesz osiem godzin, plus dojazdy – dla zaokrąglenia niech to będzie dodatkowa godzina w dwie strony. Masz zatem zużyte 9 godzin dnia na pracę zarobkową. Ale, nie jest przecież tak, że wstajesz z łóżka i idziesz na przystanek czy wsiadasz w samochód. Potrzebujesz jeszcze czasu na “wybranie się”. Chociaż, może i są tacy co nie biorą porannego prysznica. Przecież odorek w letnie dni w komunikacji miejskiej nie bierze się znikąd.

Poranne ablucje – przy dobrym wietrze – to minimum trzydzieści minut. Watr jednakowoż naprawdę musi być ekstra korzystny. Taki pod narty. Niektórzy robią jeszcze kanapki sobie, dzieciom, komuś tam. Większość nie może zacząć dnia bez kawy. Znacząca część musi sobie jeszcze posiedzieć przed wyjściem “na tronie” lub “w czytelni”. Inaczej dzień zmarnowany. Ktoś musi psa wyprowadzić. I tak z pół godzinki robią się dwie. A niektórzy jeszcze muszą dzieci odwieźć do szkoły i/lub przedszkola. Trzy godzinki.

Gdy wracasz po pracy, to też nie jest tak, że od razu, od progu, jesteś zwarty i gotowy do działania. Szczególnie w zakresie towarzyskim. Zakupy jeszcze po drodze zrobiłeś/łaś. Rozpakować trzeba. Dzieci coś chcą od progu. Pies pęcherzem ciąga po ziemi. Zjadłoby się coś wreszcie ciepłego a nie tylko kawa i kawa.

I teraz tak- wersja dla tych, którzy akurat nie mają nadgodzin: wstajesz o piątej, wracasz o piątej – i zaproś jeszcze przyjaciół na wieczorną posiadówkę. Oj, może nie dzisiaj. Weekend. Tak, w weekend się spotkamy. Oczywiście nie w cały weekend, tylko w wybrany dzień. Bo jest tyle zaległych rzeczy do zrobienia. To jeszcze się zgadamy.

I guzik się zgadacie. Ty musisz odespać trochę, ogarnąć swoją przestrzeń życiową, zrobić coś tam do pracy, zjeść obiad z rodziną, sprawdzić stan zeszytów i wiedzy Dzieci. Znajdą się jeszcze zaległości z całego tygodnia, abo i z dwóch, albo i z trzech. Półkę w przykręcić na przykład.

Następny weekend. Musi to być następny weekend.

Aha, akurat. To, śmo i guzik.

Zostaje Internet.

Właściwie wszyscy narzekają, że relacje z ludźmi przeniosły się na poziom wirtualny. Że kiedyś tak nie było. Ale kiedyś nie było też tylu zajęć, tylu obowiązków, takiego wyścigu. Internet często jest jedynym sposobem na kontakt z innymi ludźmi niż najbliższa rodzina i współpracownicy. Albo pracownicy i kontrahenci. Albo klienci. Albo sąsiad spotykany na spacerze z psem. A czasem tak potrzebne jest porozmawiać z kimś innym.

Badania dowodzą, że możesz relacje utrzymać ze 150 osobami. Oczywiście są to relacje w “sieci”, i żeby kogokolwiek wpisać na listę tych bliższych znajomych, kontakt musi być nawiązywany minimum raz do roku.

W “realu” tak się nie da. Znajomych masz przeważnie “z różnych parafii”. A skoro nie jest to jedna paczka, trudno organizować wspólne spotkania. Zresztą sama organizacja takiego “eventu” na 150 osób jest już przedsięwzięciem logistycznym. I finansowo obciążające. I nikomu nie będziesz w stanie poświęcić dłuższej chwili. A pojedynczo z każdym się spotkać? 150 godzin w roku towarzyskie spotkania. Czyli średnio co 2-3 dni po godzinie. Plus oczywiście przygotowanie się na przyjście gościa czy wyjście gdzieś. Nierealne. Szczególnie, że w godzinę nawet nie wymienisz się informacjami dotyczącymi minionego roku. Zresztą, w zależności od stopnia zażyłości i zainteresowanie drugą osobą, na jednego starczy Ci 20 minut, a przy drugim i po trzech godzinach czujesz niedosyt.

Na szczęście jest Internet i telefon. I można się wszystkim na bieżąco chwalić wycieczką, i postępami Pociechy i sałatką, którą sobie zrobiliśmy i innymi rzeczami, dla nas istotnymi, a dla innych niekoniecznie 😉

 

 

Zdjęcie foter.com na licencji CC BY

Podziel się tym z innymi 🙂

Dodaj komentarz