W głowie pstro – czyli czego jeszcze nie robić z włosami

Między liceum a podstawówką Kowalska postanowiła całkowicie zmienić “image” czyli oczywiście zmienić fryzurę, a jakże. W związku ze swoją “delikatną urodą” i niechęcią do makijażu, pomyślała, że blond może będzie dobrym pomysłem. Skonsultowała pomysł ze swoją koleżanką już douczoną fryzjerką. Tak, tak. Tą od trwałej “2+1”. Tyle, że teraz już miała swój salonik i tam Kowalska podążyła.

Rozjaśniacz, czy jakiś tam dekoloryzator- pach, na łeb. Gadu, gadu, gadu. O, kurcze. Trochę za długo. Przy głowie białe jak śnieg, na końcach żółte. O rany. Coś trzeba zrobić z tym. Poszły zatem do pobliskiego sklepu z kosmetykami, w tym też z farbami. Wybrały coś zbliżonego kolorem do końcówek, czyli bursztyn jakiś. Do tego włos się jakiś gumowy zrobił.

Kowalska w puchatym i kurczakowym blondzie nie wyglądała dobrze. Zdecydowanie nie był to jej kolor. Co gorsza, po kilku myciach różnica między czubkiem głowy a końcówkami, znów była znacząca. Wymagało to nakładania jakiejś specjalnej płukanki co tydzień niemal, żeby jakoś wyglądać. Na studencką kieszeń nie jest to dobre rozwiązanie. Ale najgorsze z tego wszystkiego było to, że Kowalska dopiero na zdjęciach zobaczyła, że wyglądała nieciekawie. To były czasy klisz, nie cyfrówki. Zatem zanim do Kowalskiej dotarło, co to tam było nie tak, Kowalska miała na durnym łbie, już całkiem inną barwę.

Mniejsza z tym. Nadciągały gorsze czasy. Babcia Kowalskiej miała nadjechać. Tak ta sama Babcia, która o mało na zawał nie zeszła, gdy Kowalska rankiem na feriach wylazła z łóżka z czarnymi włosami.

Kowalskiej szkoda było tego blondu, żeby na trzydniową wizytę Babuni trwale się przemalować. Wpadła na pomysł użycia balsamu koloryzującego. Zakupiła w hurtowni fryzjerskiej coś tam zmywalnego ponoć, po trzech myciach. I nałożyła. I zmyła. I za chwilę zaniepokojeni rodzice pukali do drzwi łazienki, bowiem Kowalska dostała ataku histerycznego śmiechu. Zaszła bowiem niespodziewana reakcja między rozjaśnianym włosem a balsamem w kolorze “szatyn” i Kowalska miała niebieską głowę. Nie niebieskawą, nie trochę niebieską, nie z niebieską poświatą. Niebieską jak informacyjne znaki drogowe.

Rano, zamiast do szkoły, pojechała do koleżanki – fryzjerki po ratunek. Kiedy fryzjerka odzyskała mowę, wyciągnęła jakąś magiczną piankę koloryzującą i Kowalska rzeczywiście stała się szatynką.

Komentarz ucieszonej Babci: Pierwszy raz jak cię widzę dwa razy pod rząd, masz ten sam kolor.

Nie koniec to jednak przygód z tą konkretną koloryzacją. Babcia wyjechała, a połączenie rozmaitych preparatów na głowie Kowalskiej zaczęło schodzić, na kolor rzecznych lub jeziornych glonów. Ciemna – zgniła zieleń.

Wizyta u koleżanki fryzjerki. Decyzja – ściągamy to. Co wychynęło pod koniec spod ręcznika? Pastelowa zieleń i wściekle pomarańczowy odrost.

Od tego czasu minęło 20 lat. Kowalskiej odechciało się na zawsze eksperymentów. Oprócz tygodnia przedślubnego, kiedy Kowalska postanowiła dodać swoim włosom we własnym zakresie odrobinę światła i zrobiła sobie wściekle żółte pasemka, które na szczęście udało się zamaskować.

Ale to już był naprawdę ostatni raz 🙂

Podziel się tym z innymi 🙂

Dodaj komentarz