Kulinarny tuman

W związku z tym odszukiwaniem utraconej siebie i tym gotowaniem, co to kiedyś lubiła Kowalska, a teraz nie lubi, a chciałaby polubić znowu…

Pomyślała sobie Kowalska, że czas wprowadzić jakieś nowości do tych pięciu potraw na krzyż, które serwuje Dzieciakom od dwunastu lat, z  hakiem. Przejrzała przepisy w Internecie. O rany, okazało się, że pod względem kulinarnym zatrzymała się w epoce kamienia łupanego. Czyta. Niby po polsku te przepisy, i Kowalska po polonistyce, ale kurcze, no jakoś nie rozumie. A czytanie ze zrozumieniem też było kiedyś… Było i całkiem dobrze poszło.

Obił się o uszy sos tamari. Ciekawie brzmi. Sprawdźmy co to? No masz ci los. Gotowiec, do kupienia w sklepie, chyba, że ktoś ma ochotę fermentować ziarna soi we własnym zakresie.

Sprawdźmy zatem co innego.  Sos też na literę T. Sos tahini. O, bardzo brzmi smakowicie.  Sos tahini z falafelem. O matko. No, ale nic Zajrzyjmy. Jest, wow. Damy radę. Znowu kupujesz gotowca, tyle, że teraz to jest jeden ze składników. Gotowcem jest pasta tahini, czyli sezamowa. Poza tym wszystkie inne składniki są znane. No, może oprócz kuminu, ale zdaje się, że rzuciło się w oczy coś takiego na półce z przyprawami. Do ogarnięcia zatem. Ufff.

Czemu “ufff”? Kowalska bowiem czytając różne inne przepisy, na przykład z kuchni indyjskiej, poczuła się jak tuman jakiś pospolity. A tu rozumie wszystko, bez doczytywania w Wikipedii, czy gdzie indziej, o co właściwie chodzi.

Utknęła na przykład na sosie tamaryndowym. Znalazła co to. Mało skomplikowane. Kupujesz sproszkowane owoce. Gotujesz, przecedzasz, dodajesz znajome przyprawy. I w czym problem? Ano w tym, że co z tym sosem? Wypić? No nie. Trzeba by go do czegoś. No skoro indyjski, to przecież nie poleje nim ziemniaków. Przynajmniej póki nie spróbuje, co to za jeden smakowo. No to co by tu do tego dodać Może indyjskie pierożki samosa? O, proszę, a jednak ziemniaki 🙂 Nadzienie do pierożków zawiera bowiem kartofelki. Ee, do ogarnięcia. I groszek. No, bylibyśmy przeszczęśliwi, gdyby w dalszym ciągu przepisu na nadzienie nie następował ciąg niezrozumiałych liter: kumin, masala, amchur, ghee. Nawet nie wiadomo jak o to zapytać, żeby nie zdradzić się z tumanizmem kuchennym.

No nic. Dość klepania kurzych cycek. Wypływamy na szeroki przestwór oceanu i próbujemy nowości. Jak coś z tego wyjdzie, to z pewnością o tym będzie na blogu.

 

Podziel się tym z innymi 🙂

Dodaj komentarz