Odzyskać trochę siebie

 

Kiedyś Kowalska uwielbiała gotować. I mimo usilnych prób zniechęcenia jej ze strony Babci Nutki, garnęła się do garnków. W końcu zamieszkała sama i mogła zacząć eksperymentować pełną gębą. Nie to, że były to jakieś skrajnie wydumane potrawy. Kowalska uczyła się od podstaw. Miała fajną współlokatorkę, która wspomagała ją w zrozumieniu jakichś bardziej skomplikowanych przepisów tradycyjnej kuchni polskiej, jak na przykład idealnego ciasta na pierogi. A że nie było za bardzo kogo tym wszystkim karmić, początkującej kucharce się z lekka przytyło, co niestety działa zniechęcająco do nauki.

Potem wybredny mąż i jeszcze bardziej wybredne Dzieci spowodowały, że Kowalska w zawieszeniu między rosołkiem a panierowanym filetem z kurczaka (plus jakichś jeszcze pięć nudnawych opcji), powoli traciła zainteresowanie kuchnią, aż obrzydło jej to zupełnie. Zaczęła traktować stanie w garach jak zło konieczne. Czyli po prostu jak takie żałosne, dosłownie stanie przy garach a nie jak ekscytującą kulinarną przygodę.

Ostatnio jednak coś zaczęło się zmieniać. Pomalutku, pomalutku Dzieciaki zaczęły wyrażać chęć próbowania nowych rzeczy. Gwiazdka i Smyk jeszcze bardzo ostrożnie, chociaż zdarzały się dni, kiedy Mała przychodziła z przedszkola i krzyczała od progu: “Mamo, mamo! Spróbowałam dziś pieczarek w przedszkolu!” Kowalska oczekuje w napięciu dalszego ciągu, czegoś takiego jak – smakowało mi, czy coś. Dalszy ciąg jednak nie następuje, zatem Kowalska dopytuje “I co? I co?!” Na co Gwiazdka odpowiada z poważną miną; “I nie umarłam.” Za to Kowalska umarła, ze śmiechu oczywiście.

Problem z Kowalątkami i gotowaniem jest taki, że nawet jeśli lubią lub tolerują niektóre produkty, to tylko w określonej konfiguracji. Przykładowo – lubią gotowaną lub duszoną marchew i lubią kukurydzę i lubią ryż, ale nie można zrobić risotto, albo ryżu z kukurydzą po prostu. Oświrować idzie. W poradnikach piszą, żeby dziecięce posiłki podawać estetycznie i kolorowo. Ostatnio na górce spaghetti Kowalska umieściła listki świeżej bazylii. Raz, że bazylia z sosem pomidorowym dobrze się komponuje smakowo, dwa – ładniej cala potrawa wygląda, gdy jest w niej odrobina chociaż zieleni. I co się stało? Gwiazdka podniosła krzyk, że co to to jest, że ona nie lubi a Smyk, który jada omlety z bazylią, wyjął listki z wyraźną dezaprobatą dla tego pomysłu. Junior wciągnął bez grymaszenia.

Ogólnie Najstarszy próbuje już nieco odważniej. Chociaż za każdym razem, kiedy ma włożyć do ust jakiś nowy produkt lub mieszankę, minę ma taką, jakby tam na końcu widelca tkwił kozi bobek. Im więcej jednak smakowych trafień się zdarza, tym z mniejszą obawą sięga po kolejne nowości. I wreszcie Kowalska ma znów partnera do jadania od czasu do czasu sushi. Bo jakoś ostatnio z powodu ciąż i karmień chętnych do tego przysmaku zbrakło, a samemu jeść to jakoś nie tak.

Mówią, że dla zdrowia psychicznego powinno się regularnie co jakiś czas robić to samo. Na przykład gdzieś chodzić raz na tydzień, raz na dwa, raz na miesiąc chociaż. To może Kowalska by tak na sushi chociaż raz na dwa miesiące się przeszła? Powinna znaleźć sobie jeszcze coś, co mniej kosztuje, a najlepiej wcale. Ciekawe czy istnieją jeszcze jakiekolwiek rzeczy, które rzeczywiście nic nie kosztują? Trzeba będzie pomyśleć i poszukać takich. Obecnie może uda się wygospodarować czas na to, żeby jednak znów odrobinę poeksperymentować w kuchni.

 

Podziel się tym z innymi 🙂

Dodaj komentarz