Sromotna klęska selera

Od operacji minęły tak ze dwa tygodnie, trzeba się ruszyć i zacząć normalnie funkcjonować – pomyślała Kowalska i podreptała do kuchni. Zajrzała do lodówki. No, z obiadem nie poszaleje, niestety. Za krótką listę zakupów zrobiła ostatnio. O, ale rosołek można zrobić.

Nie jest łatwo do czegokolwiek się zabrać, kiedy codziennie budzisz się z bólem. A to klatka boli, a to ramię, które ucierpiało podczas operacji, a to kręgosłup, bo przecież cały czas musisz spać na wznak. Trochę czasu mija o poranku zanim się rozchodzisz.

No dobra, my tu gadu- gadu a rosół sam się nie zrobi. Woda do garnka, partiami, bo nie można przeciążać klatki, a pięć litrów wody, to przecież pięć kilo. Teraz warzywa. Obrać to pikuś, ale wiedzieliście, że podczas prób przekrojenia większej marchewki napina się klatka piersiowa? Można to odczuć dopiero, kiedy boli. No nic, trzeba spróbować bardziej jak profesjonalny kucharz, czyli po pierwsze ostrym nożem, a po drugie metodą gilotyny.

I w tym miejscu podkreślić należy, gdyby jakiś profesjonalny kucharz chciał się przyczepić, że słowa “bardziej jak” oznaczają jedynie próby krojenia w sposób podpatrzony w jakimś programie kulinarnym.

I pojawił się pierwszy problem. Brak ostrego noża. Jeden, drugi, trzeci, o, ten jakiś zapomniany, czyli mało używany, czyli mniej tępy od pozostałych. Warzywa pokrojone. A nie! Czekaj! Seler jeszcze. Co to za rosół bez selera.

Wydobyła Kowalska z czeluści lodówki szarą kulę, z plątaniną “oczek” i korzeni. Spojrzała wyzywająco na warzywo. Wielka bestia. I mogłaby przysiąc, że labirynt pęknięć, zanieczyszczeń i wypustek stworzył na powierzchni selera coś na kształt twarzy. Kowalska ułożyła warzywo na desce rzeczoną “twarzą” do dołu, odmierzyła wzrokiem pożądaną ilość i zagłębiła nóż. I guzik. Ostrze zatrzymało się, wręcz utknęło można by rzec, bo próby wyjęcia go również wymagały od Kowalskiej użycia siły. To może mniejszy kawałek. No jakoś nie.

Wrrrrr! W rosole musi być seler! Chociaż tak naprawdę nie musi, żaden z domowników nie zauważyłby tej subtelnej różnicy, ale ta sprawa zdążyła wejść na poziom zahaczający o tzw. punkt honoru i nie można się poddać.

Kowalska ponownie wbiła ostrze w bryłę a gdy utknęło próbowała uderzać selerem z nożem o deskę. Tak jak się spodziewała, nie przyniosło to żadnego rezultatu. I jeszcze znów trzeba się posiłować, żeby wyjąć nóż z warzywa.

Kowalska chwyciła tasak. Rąbnęła w zbuntowane warzywo. Ostrze ześlizgnęło się po powierzchni, zostawiając jedynie maleńki zadzior, a szara kula ruchem obrotowym sunęła po blacie, by zakończyć swą drogę na podłodze. No masz,  jeszcze schylić się trzeba! A seler leży i patrzy kpiąco.

Ułożyła Kowalska warzywo ponownie na desce. Tym razem przytrzymała jedną ręką kulę, a drugą, już z mniejszym zamachem, operowała tasakiem. Ostrze utkwiło. Kowalska miała nadzieję, że uderzanie selerem z wbitym tasakiem o deskę przyniesie efekt podobny do tego, kiedy uderza się o pieniek kawałkiem drewna z wbitą siekierą… No żeby czasem.

W akcie desperacji wygrzebała młotek i tym młotkiem pukała delikatnie w tasak, próbując jednocześnie trzymać i seler i tasak, aż w końcu ostrze weszło na tyle głęboko, że wystarczyło zrobić dźwignię by odłupać fragment. I udało się. Kowalska wprawdzie musiała użyć tasaka, młotka, obu rąk i kolana (nie pytajcie), ale w końcu nieforemny kawałek cholernego selera wylądował w rosole.

Podziel się tym z innymi 🙂

Dodaj komentarz