Odmienne stany świadomości

Telefon z przedszkola. Gwiazdka leje się przez ręce i już nie chce iść na zabawę choinkową. Trzeba odebrać w trybie natychmiastowym.

W domu.

Gwiazdka śpi, Kowalska walcząc z pierwszymi objawami przeziębienia obsługuje pozostałą dwójkę.

Zwykle sprawa z obiadem wygląda tak, że ktoś czegoś akurat nie chce, komuś się konsystencja nie podoba, komuś coś dziwnego pływa w zupie, komuś coś nie smakuje, kogoś nie powala, ktoś najada się już po dwóch kęsach… Dużo cierpliwości potrzeba i jeszcze więcej “zlewania”, żeby nie wybuchnąć, nie pieprznąć talerzami i drzwiami i nie iść gdzieś na dłuższy spacer. Chociaż, przy tej pogodzie, pojechać gdzieś po prostu.

Tym razem rosół. Czysty jak łza. Przecedzony przez sitko do herbaty. Wszystko dla chwili świętego spokoju. “A co taki czysty?” – słyszy Kowalska i własnym uszom nie wierzy. To Smyk. Najbardziej wybredne spożywczo dziecko w historii. “A jakaś marchewka chociaż?”. No nie do wiary!

Położyć się, z herbatą, z kocem, w grubych skarpetach (pal sześć, w jakich, mogą być te z pomponikami).

Gwiazdka śpi. Chłopaki siorbią rosół. Kowalska klapnięta, klapnęła na kanapę. “Mamooo, nie sięgam do szklanki”

Tup, tup, tup. Szklanka, woda. Hmmm, to może skoro już tak stoi sobie w tej kuchni, to zrobi herbatę, sobie. “Mi też, mi też, z miodem”

Usiadła. Sunia przyszła. I “pipipi” i “mrrwrrmrr” po swojemu. “Idź sobie” – myśli Kowalska. “No co tam?” – pyta głośno, zrezygnowana. Nie przytulić, nie pogłaskać. “Wypuścić?” Pies zareagował entuzjastycznie. O tak. To było takie “wypuść, żebyś mogła mnie zaraz wpuścić” i “wpuść, żeby mnie za chwilę wypuścić”.

Matko, po co ten pies jeszcze na głowę, no. Mało roboty było? Trzy kurczaki własne ciągle coś chcą i jeszcze zwierzyniec sobie sprawić…

Ale to nie tak.

Chciałaby mieć Kowalska piękną, białą kanapę i puchaty biały dywan… A jednocześnie nie wyobraża sobie jak tą biel utrzymać przy dzieciach i zwierzętach. A jeszcze bardziej nie wyobraża sobie domu bez dzieci i zwierząt.

No to może na starość? Ale jak to, nie będzie miała wnucząt? I jakiegoś paskudka pokracznego, równie starego, jak emerytowana Kowalska?

Chciałaby Kowalska mieć dużo, a przynajmniej nieco więcej czasu. Ale nie wyobraża sobie, że mogłaby pracować tylko w domu. Ciężko znaleźć nawet chwilę na wpis na blogu, kiedy dzieci dookoła mówią, krzyczą, wołają… I szczerze, łatwiej było wszystko ogarnąć na mniejszym metrażu. Ale gdyby nie trzeba było niemal codziennie wychodzić do pracy, ogarnęła by wszystko. A jednocześnie nie łatwo byłoby Kowalskiej zrezygnować z tych chwil, kiedy zajmuje się czymś innym niż dzieci, zwierzęta czy dom.

Oglądając zdjęcia i filmiki znajomych z podróży, też czasem Kowalska zastanawia się, czy nie pospieszyła się z zakładaniem rodziny, czy nie lepiej było coś zobaczyć, czego doświadczyć? Bo teraz, kiedy jest rodzina, każdy, najtańszy nawet wyjazd, pomnożony razy pięć, jest poza zasięgiem portfela. Szczególnie w kontekście ciągle nieskończonego domu. Wnętrza i zewnętrza. Ale można przecież dzieci zostawić z babcią jedną czy drugą, albo w tym czasie wysłać chłopaków na kolonie a Gwiazdkę samą do Babć oddać. Eeeee, nie.

Czasem jednak trzeba się oderwać, odmóżdżyć, zapomnieć się na chwilę… I trzeba sięgnąć po jakieś specjalne środki.

Można, raz na jakiś czas, sprzedać komuś Dzieci, Babci rzecz jasna, najpewniej. Sprzedać Dzieci i pójść do kina, opery, gdziekolwiek. Można zostawić pod opieką “Ojca dzieciom” i wyskoczyć gdzieś z którąś koleżanką, albo nawet pojedynczo, bez nikogo.

Może tak też jednak być, że nikt nie może, albo nie chce, zająć się Potomstwem Kowalskiej i wtedy trzeba znaleźć chwilę dla siebie, pomimo dzieci, zwierząt, zgiełku, obowiązków, gdzieś tam czekających….

Na przykład można dać dzieciakom wieczorem wygadać się we własnych pokojach, albo jednym wspólnym pokoju, a samemu się w kąciku zaszyć z książką. I korkami w uszach, żeby móc się spokojnie odpłynąć w świat fantazji.

Można udać, że zupełnie się nie widzi, że Dzieci właśnie po cichutku, kryjąc się przed światem, w coś grają na komórce. I masz upragnione parę minut na coś swojego.

Można dać dzieciom jakieś bardzo, bardzo wciągające Coś do roboty, i dla czystego sumienia, lepiej, żeby to nie było związane z “kompami” czy TV.  I wtedy spokojnie uciec mentalnie gdzieś, zapomnieć się, obejrzeć ambitny film, licząc na to, że nikomu się akurat nie przypomni o istnieniu Matki.

Ostatecznie, można udać jakieś problemy gastryczne i zamknąć się z komórką w toalecie…

Podziel się tym z innymi 🙂

Dodaj komentarz