“No przecież trójka dzieci to chowa się sama”

Jest, załóżmy środa. Poprzedni tydzień – praca, z sobotą włącznie. Z odbieraniem Dzieci ze szkoły na innym osiedlu, gonieniem do domu, i z powrotem do pracy. Potem zakupy. Godzina z głowy, albo i więcej. Wrócić. Nakarmić całe towarzystwo. Posłuchać, co kto odkrył, kto co powiedział, kto czego się dowiedział, kogo co boli, gdzie kto się gdzie stuknął i jakiego miał pecha. Paść na twarz i zasnąć.  A nie, jeszcze nie. Jeszcze siku, pić, zębów nie umyłem, zapomniałem, przypomniałem, Maskotka nie chce do mnie, Posypka wywala ziemię z kwiatów…

Niedziela praktycznie przeciekła przez palce. Mnóstwo rzeczy było do nadrobienia. Długi spacer z psem i dziećmi, przejrzeć zeszyty, zrobić kilka prań, ugotować jakiś wieloskładnikowy obiad, zainteresować się co się w ciągu tego tygodnia za szczęścia i nieszczęścia wydarzyły, bo w tygodniu jakoś nie ma kiedy porządnie porozmawiać…

Koniec dnia. Trzeba zagonić do łóżek, a to nie tak łatwo.

Codzienny rytuał. Umyłeś się już? Nie? To idź. Już? A Ty? Pokaż uszy. Rany, jakie paznokcie. Dawaj.

Junior! Weź ręcznik i się wreszcie umyj. Jak to na jutro papierowy talerz i liście?

No sami się ogarniają, że hoho. Pełen szacun!

I poniedziałek. Do pracy, odebrać dzieci, do pracy, do domu, obiad na dziś, obiad na jutro, lekcje, mycie, lektury, bolączki, gardło, katar. Jezu.

I wtorek. Praca, odebrać dzieci, nakarmić, do pracy, do domu. Paść na nos bez mycia, bo w nocy Gwiazdka kaszlała do wymiotów i ciężko było oko zmrużyć.

I środa.

Drugi już zaflukany. Śniadanie. Przed pracą przygotuj drugie śniadanie dla tego, który zostaje w domu. I pies, i z psem, i kotom daj, i koty wygłaszcz, i z psem się pobaw, i wyszczotkuj, i odkurzanie, bo w kłakach utoniesz, i tak dalej i tak dalej. I co to za brak pracy domowej? I co to za trója z minusem z historii? Tak, tak pięknie dobrane kolory na tym rysunku, szkoda, że drzwi też ucierpiały. Ale jak to kot w kwiatki narobił?

No, ale można nie mieć zwierząt, nie mieć spacerów i konieczności karmienia, głaskania, spacerowania. Tyle, że to nie zabiera aż tak wiele czasu. Można głaskać kota i wymyślać jednocześnie bajkę o Księżniczce Gwiazdce. Można szczotkować psa i jednocześnie przepytywać z historii. A rozmawiać można przy wspólnych, rzadkich obiadkach. Rzadkich, kiedy pracuje się generalnie do 18 albo czasem i dłużej.

Kowalskiego wiecznie nie ma. Chociaż jak już jest, zmusza się by pomagać.

Większość matek trójki dzieci, mimo posiadania męża, jest bardzo osamotnionych w swych próbach ogarnięcia wszystkiego.

Kowalska ma takie szczęście, że między dziećmi jest prawie po cztery lata różnicy. Junior jest samodzielny niemal całkowicie. No, czasem trzeba przejrzeć zeszyty, czasem zalogować się do dziennika elektronicznego i czasem zmusić do jakiejkolwiek aktywności fizycznej.Ale to wszystko.

Nie ugotuje jednak obiadu ani sobie, ani reszcie. Może zrobić co najwyżej zapiekanki, albo jajecznicę.

Zresztą, nieludzkie jest urodzić dziecko swemu dziecku, czyli zmusić pierworodną latorośl, żeby przejęła wszystkie obowiązki. Odbieranie, zajmowanie, ubieranie, chodzenie na podwórko, karmienie i zabawę. Pierwsze dziecko też musi mieć dzieciństwo.

Jest taka scena sprzed kilku lat, które jak żywe stoi w pamięci Kowalskiej.

Wyszła do piaskownicy z Juniorem. Był tam dziesięciolatek z niespełna trzyletnią siostrą. Dziewczynka koniecznie chciała wrócić już do domu, a chłopiec spotkał kolegów i bardzo zależało mu, żeby zostać na tym placu zabaw. Obiecywał siostrze “cuda-wianki”, żeby tylko jeszcze trochę pobyła z nim poza domem. Kowalska przyglądała się całej scenie. W końcu mówi: No w czym problem? Zaprowadź siostrę do domu i wróć do kolegów. Na co chłopak odpowiedział: Nie mogę bez niej wychodzić.

Kowalską zmroziło. Ktoś zafundował Dziecku odpowiedzialność, której czasem nie są w stanie sprostać dorośli. Ktoś postarał się, żeby dziesięciolatek został rodzicem swojej siostry. Może i nie na pełen etat, ale jednak. Musiał brać odpowiedzialność za swoją małą, i nie zawsze posłuszną siostrę, musiał dbać o jej rozrywkę, o to by się niczym nie skaleczyła, nie spadła, nie potłukła, nie połknęła czegoś. Nieludzkie.

Kowalska nie zamierza pozbawić swoich dzieci dzieciństwa. Niech mają trochę beztroski, niech uczą się powoli, co to odpowiedzialność, ale najpierw niech to będzie odpowiedzialność za swoje czyny, a nie za drugą żywą istotę. A potem zwierzątko, stopniowo, pod nadzorem, oduczy ich egocentryzmu, powoli przyzwyczai do myślenia o innych.

Jasne, że są takie momenty, kiedy Kowalska ma wręcz udokumentowane, że dobrze mieć więcej dzieci, i że to jak z nimi postępuje daje dobre rezultaty i buduje prawidłowe relacje między nimi. Kochają się, poszły by za sobą w ogień. Martwią się, kiedy jedno z nich płacze. Są stadem. Stadem, które ma czas na dorosłość. I które może liczyć na wsparcie dorosłych dopóki nie dojrzeją. Trójka Kowalskiej nie chowa się sama.
trojca-1     trojca-3

 

Podziel się tym z innymi 🙂

2 komentarzy do ““No przecież trójka dzieci to chowa się sama”

  1. Jako siostra trojga potwierdzam, sami się chowaliśmy, a Mama to się chyba z nami nudziła. Ale miała dobry przykład, bo jej Mama nudziła się jeszcze bardziej, jako że moja jest siostrą siedmiorga (!).
    Normalnym jest, że czasem trzeba się tym młodszym zająć, ale to faktycznie bywa dla dzieciaka na dłuższą metę obciążające. I moja młodsza do tej pory wypomina mi, jak ją przekonałam (wracając z młodszą i moimi koleżankami ze szkoły, młodsza czasem odbierana po drodze z przedszkola), że jak idzie zakonnica, to trzeba przed nią uklęknąć. I jako młodsza, faktycznie to robiła, ku mojej (i koleżanek uciesze). Do tej pory wspominamy to z łezką w oku. U mnie rozbawienia, a u młodszej… wiadomo 😉

    1. Ja też wspominam zajmowanie się młodszym bratem z mieszanymi uczuciami. Szczególnie, gdy chciał siusiu w najmniej dogodnym momencie, albo się “zagilował” i trzeba go było ratować z flukowej opresji. Ale mieć siedmioro rodzeństwa, kurcze, roboty na pełen etat 🙂

Dodaj komentarz