Piechotą

Po pierwszym, idealnym dniu plażowym, pogoda ewidentnie się zbuntowała i postanowiła jakimś arktycznym wiatrem wiać. Kowalska zabrała zatem Dzieci na przechadzkę po mieście. Jako dziecko, nastolatka czy dorosła, Kowalska przyzwyczajona była, że po Miasteczku się chodzi, ewentualnie jeździ się rowerem, nie autem. Nie mogła się wręcz doczekać, kiedy Dzieci wszystkie będą na tyle duże, żeby chodzić z Kowalską, bez marudzenia.

Wstali zatem rano, popatrzyli w niebo, skrzywili się na myśl o moczeniu nóg w taką pogodę i wyruszyli. Kowalska chętnie, Dzieci mniej chętnie lub nieświadome tego, co ich czeka.

Gdy wychodzili była 10ta, przed południem – zanim wrócili, była 20ta. Nawet nie robili niczego konkretnego w tym dniu. Poszli do parku, który można obiec, nawet przy kiepskiej kondycji, poszli na deptak, po sklepach, na lodowy wynalazek, na pizzę, do fontanny, na stragany, nad rzekę pokarmić łabędzie, na plac zabaw, po zakupy… I dzień minął.

IMG_5595

I to był cudowny dzień  Bez stresu, noga za nogą, recytując wierszyki, bawiąc się w skojarzenia, w “dokończ historyjkę”, wygłupiając się i śmiejąc, po prostu łazili. Po pierwszych trzech godzinach Junior zgłosił ból nóg. Reszta nie zauważyła nawet zmęczenia materiału.

Dzieci mają niespożytą energię wręcz i nogi przyzwyczajone do wielogodzinnego ruchu. Wpuść je na plac zabaw – są niezmordowane. Chodzić też mogą bardzo długo, pod warunkiem, że się nie nudzą 🙂

Kowalska zapewniła zatem Juniora (który wyrósł już z placów zabaw niestety), że to nie jest żaden ból, a tylko objaw nudy (chwilowo bowiem Kowalska zapewniała rozrywkę tylko młodszym Dzieciom). Junior przyjął do wiadomości niepodważalny fakt, że to nuda powoduje zmęczenie i chodził kolejne kilka godzin bez szemrania.

I tak w tym całym dziecięcym ćwierkaniu, wśród gonienia w około, wśród okrzyków, śmiechu i innych odgłosów i czynności, dostrzegła Kowalska (po raz kolejny zresztą) jakie ma szczęście, że dane jej jest mieć te Dzieci…

A dwa dni później poszła Kowalska z dziećmi na plażę, bo ostatni ładny dzień się zapowiadał. Pluszczą się. Świetnie. Kowalska brodzi po wodzie, jak czapla jakaś, bo każde samowystarczalne i Kowalskiej nie potrzebuje. A brodzi, bo ciągle gdzieś nikną w dzikim tłumie. Brodzi, gapi się. Gapi się, brodzi. Nuda zaczęła się w łydkach odzywać. Zaczepia Gwiazdkę, żeby chociaż ją po wodzie w tym kółku pociągać. “Zostaw, ja sama”. Chłopaków to nawet nie zaczepia. Patrzy jak jeden skacze z pomostu na bombę, drugi nurkuje, że tylko czerwony kuper na wodzie przez chwilę się unosi… Tu im nie pomoże. Znów zaczepia Gwiazdkę. Udało się, łaskawie zgodziła się być pociągana. Zanurzyła się Kowalska do bioder – wow, i ciąga kółko z Gwiazdką w tę i na zad. “Stój”- woła Gwiazdka. ” Nie mogę” – myśli Kowalska – “jeszcze ktoś pomyśli, że zanurzyłam się w celu wysikania”. Nie, że jakiś tłum obserwatorów asystuje Kowalskiej, bo każdy na plaży zajęty własnymi sprawami, ale uparcie do Kowalskiej powraca obrazek z dzieciństwa……. Płynie ze swym Dziadkiem, zwanym tu Pradziadkiem, łódką, wykorzystywana jako napęd mechaniczny, a tu jakaś Kobieta do wody sunie powoli. Zamoczyła się do pasa i stoi. Zobaczyła łódkę z Dziadkiem, i Kowalską, i zawraca do brzegu. Na co Dziadek za nią woła: Co?! Wysikała się już?!”

No tak jakoś utknęło w głowie.

Kowalątka wszystkie wychynęły na brzeg, posadziły się na kocyku, siedzą. Gwiazdka leży: Mamooo, chcę siku, ale… Ale jestem tak głodna, że nie mogę się wysiusiać.

I patrzy na reakcję Mamy. A potem zerkając na sąsiedni koc, precyzuje – Jestem głodna na frytki.

Nie wiadomo, co dzieci mają z tymi frytkami, ale słowo magicznie opróżniło brzuchy pozostałej dwójki i nagle wszyscy są “głodni na frytki”.

Kowalska zastanowiła się chwilę czy iść w bikini te sto metrów po frytki, czy się ubierać? W końcu postanowiła zawinąć tyłek w ręcznik i poszła. Mama na diecie, więc tylko kawa mrożona, i trzy razy frytki, oczywiście, że z ketchupem. Okazało się, że frytki są w papierowych nieszczelnych pudełeczkach, nasypane z czubem a ketchup w plastikowych miseczkach bez wieczka. Mistrzostwo ekwilibrystyki wziąć to wszystko na raz, gdy ręce tylko dwie, plus kawa, i donieść na kocyk. Idzie Kowalska w wielkim skupieniu, co by nie “uronić” ani frytki,a tu sandał spada i ręcznik się odwija. Zgarbiła się, przycisnęła ręcznik przedramieniem, sandał uchwyciła palcami stopy i idzie w pozycji Dzwonnika z Notre Damme szurając butem po bruku i piasku. Sto metrów w takiej sytuacji zdaje się sięgać po horyzont. Żadne z Potomstwa oczywiście nie poderwało się, żeby coś od Kowalskiej wziąć, tylko patrzą, jak na zjawisko, z przekrzywionymi łebkami… Doniosła, dumna i blada. To też są uroki urlopu z dziećmi.

Podziel się tym z innymi 🙂

Dodaj komentarz