I totalny brak współpracy…

59763Dom odmawia współpracy w niemal wszystkich dziedzinach. Nie, sam w sobie nie robi nic. Tylko wszystko naokoło niego po prostu jakby zmówiło się przeciwko Kowalskim i usiłowało ich zniechęcić do zamieszkania w nowym miejscu.

Zaczęło się od samego kredytu. Kowalscy do samego końca nie mieli nawet 50% pewności, że ów kredyt dostaną. Nie rozejrzeli się więc na przykład za żadną ekipą remontową, bo nie lubią wodzić ludzi za nos i obiecywać pracę, gdy nie wiadomo, czy będzie na pewno.

W końcu dostali kredyt i okazało się, że wszystkie potencjalne ekipy mają terminy zajęte na kilka miesięcy. Nic to jednak wobec kolejnego problemu.

Wodociągi. Poprzedni właściciel nie podpisał umowy z wodociągami miejskimi, bo nie zamierzał mieszkać, nie chciał więc płacić tzw. abonamentu. Słusznie. Tyle, że dla Kowalskich problem zrobił się wielotysięczny. Otóż prawo w międzyczasie było uprzejme się zmienić i wodociągi wysłały Kowalski pismo, że nie mogą korzystać z wody na zasadach obowiązujących na całej ulicy. Muszą sobie zrobić własne przyłącze. Na własny koszt. Drobiazg. Zerwać asfalt z drogi dojazdowej na własny koszt. Zrobić owo tajemnicze własne przyłącze na własny koszt. Zaasfaltować drogę ponownie. Koszt ? Kilkanaście tysięcy. “Miłość” nowych sąsiadów pozbawionych możliwości dojazdu do własnych posesji przez, kto wie – tydzień? dwa? kilka? – bezcenna. Koniec końców, po prośbach, groźbach, rozmowach, negocjacjach, błaganiach – Kowalscy uzyskali warunkowe prawo do używania wody na starych zasadach, bezterminowe. Czas oczekiwania: miesiąc.

Miesiąc wakacyjny, kiedy to akurat Kowalski miał wolne, kiedy można było na serio sporo prac wykończeniowych wykonać, upłynął pod znakiem oczekiwania na decyzję.

Kowalska nie wytrzymała. Coś na pewno da się robić, na pewno. No da się. Malować ściany. No to malowała Kowalska, brudne wałki wożąc do mycia do mieszkania. Pomalowała pokoje dzieci. W baniakach woziła z Kowalskim wodę, która mogłaby przydać się do czego innego. W końcu upragniona ciecz popłynęła w rurach. I co?

Okazało się, że pomimo zalania rur olejem (dokonał tego poprzedni właściciel), część nie wytrzymała (w piwnicy) i przecieka znacząco. Hydraulik, wymiana. Koszty. Jest woda w kranach.

Sporo osób “na ulicy” ma stare drewniane okna. Takie komorowe. Gdzie między jedną szybą otwieraną na zewnątrz a drugą, otwieraną do wewnątrz, jest około 15 cm przerwy, która jakąś funkcję spełnia. Tyle, że ludzie “na ulicy” mieszkali, otwierali, zamykali, myli, konserwowali… a okna domu Kowalskiej nie ruszane od dwudziestu lat? – tu się nie otwiera, tu się nie domyka, tu klamki brak, tu się rozpada, tu szyby domyć się nie da… Solarka doprowadzająca te malownicze zabytki do stanu używalności – droższa niż wymiana na całkiem przyzwoite plastiki. Trójka dzieci, kredyt, opłaty za mieszkanie, opłaty już za ten Dom… Plastiki wygrały, mimo bólu serca sentymentalnej Kowalskiej. Ale przy okazji okazało się, że parapety teraz wystają znacząco poza normę i trzeba przesunąć… Ściany pomalowane przez Kowalską mocno ucierpiały. Szpachlowanie startem, wyrównanie, szpachlowanie finish’em , przecieranie. Malowanie od nowa.

Kuchnia. Dwa miesiące Kowalska planowała jak rozmieścić wszystko w małej kuchni, żeby wszystkim było dobrze i po drodze. Musieli drzwi przesunąć. Kowalski stanął na wysokości zadania i przesunął dziurę, I wszystko zaczęło mieć przysłowiowe ręce i nogi. Zamówili kuchnię zatem we wrześniu. Miała być w połowie listopada. Dzwoni Kowalska do Stolarza: Dzień dobry, jutro 15 listopada. Na co zdziwiony Stolarz: A co ma być piętnastego??

Okazało się, że zapomnieli na śmierć, że nawet materiałów nie zamówili! Ale obiecali dużą zniżkę i montaż do końca stycznia. No, niech będzie. Raz, że się nie przelewa (zdecydowanie), a dwa, że tyle jeszcze rzeczy do zrobienia zanim da się tam nawet prowizorycznie zamieszkać, że spokojnie mogą poczekać. Kuchnia wreszcie zaczęła być montowana i co? I okazało się, że Kowalski na życzenie Kowalskiej podciągnął w projekcie szafki do sufitu, tyle, że ich nie wydłużył, tylko dosłownie podciągnął. Nie wiadomo, w jakim pudełku przebywał akurat, ale życzenie żony jest rozkazem, zatem chciała – ma. A przy montażu okazało się, że dolne półki zaczynają się na wysokości 190 cm. Kowalski podciągnął na projekcie standardową szafkę 180 cm – na wysokość 270 cm, czyli do sufitu. Poprawki trwały miesiąc. Miesiąc! “Przecież wam się nie spieszy”

Dostała Kowalska numer telefonu do dobrego fachowca od układania kafelków (łazienki), który przyszedł, popatrzył i stwierdził, że nie ma czasu. Polecił znajomego. Znajomy przyszedł ze swoim znajomym. W międzyczasie Bank przysłał pismo, że wybiera się sprawdzić, czy schody zrobione. I wbrew zdrowemu rozsądkowi, Kowalscy musieli zaopatrzyć się w schody, chociaż jeszcze będzie gruz, pobojowisko i inne takie tam. Bank miał sprawdzić cholerne schody do końca grudnia. Jest maj i jeszcze ich nie było! Gdyby Kowalska wiedziała, to by tych schodów nie zamawiała, bo raz, że w ogólnym zamieszaniu telewizor zniknął ( i nie wiadomo kto), a dwa, że teraz trzeba tym schodom cały czas poświęcać szczególną uwagę, żeby nie uległy zniszczeniu, bo jeszcze gruz wszędzie się nosi.

W międzyczasie udało się (po karczemnej kłótni między Kowalskimi), załatwić gazownika z uprawnieniami do pieca gazowego, który wraz ze swym ulubionym spawaczem omal domu nie wysadzili w powietrze. Okazało się, że piec przecieka. Trzeba nowy. Kowalscy musieli zapożyczyć się u rodziny i zamówić nowy piec starego typu, którego produkcji zaprzestano dokładnie rok wcześniej. Obsuwa w fabryce. Trzy dni bez prądu – półtora tygodnia obsuwy w produkcji. A tu przymrozki, a tu z rur już olej zlany… Udało się bez kolejnych awarii. Jest piec.

Ale za to kominek nie ma w środku takiego cudeńka, które powoduje, że jak korzystasz otwierasz prześwit do komina, a jak nie korzystasz, zamykasz, i ciepłe powietrze nie ucieka z domu.

Kowalska postanowiła zmienić snobistyczny kominek otwarty na zamknięty. Okazało się, że bez rozbiórki istniejącej obudowy i zrobieniu nowej, da się wstawić tylko takie niewielkie palenisko zamknięte, i, co najlepsze, że mechanizm zamknij – otwórz – istnieje, tyle, że jest poważnie uszkodzony i nie spełnia swojej roli, a naprawa droższa oczywiście od nowego zamkniętego. Ale kto przy dzieciach, kocie, przyszłym psie, chce mieć otwarty ogień w chacie. Wstawiony został wkład do zamkniętego. Obróbka estetyczna poczeka.

Kowalska popaliła trochę w tym kominku i stwierdziła, że ciepło się bardzo słabo rozchodzi po domu. Skonsultowała się z Panem od kominków i wspólnie ustalili, że dobrze by było zrobić rozprowadzenie do przynajmniej trzech pokojów powyżej kominka. Oszczędność przyszłościowa. Na dzień dzisiejszy dzieci przyzwyczajają się do pasztetowej.

Jakim cudem Kowalscy dopuścili do zniknięcia telewizora, który skomplikował całą sprawę jeszcze bardziej? Ano, plan był taki, że robią wszystko sami. Kowalska trochę się zna, Kowalski nieco więcej, poradzą sobie. Przy okazji ratalnego zakupu sprzętów kuchennych (innej opcji nie było) trafili na wymarzony telewizor. Raty? 13 zł na miesiąc. Niemal niewyczuwalne. Dla palących – mniej niż jedna paczka papierosów. Kto by się zastanawiał. Wzięli. W mieszkanku ni cholery miejsca nie było. Trzy pokoje. 5 osób. Kupili, postawili w nowym domu, zapomnieli na śmierć o tym. To był wrzesień. Od tego czasu tyle się działo: szkoła, przedszkole, remontowe działania, że zapomnieli. Dopiero, gdy zniknął … tak też z ludźmi bywa, że przypominasz sobie, kiedy już ich nie ma.

Kowalska postanowiła – żadnych obcych. Została z jedną niewykończoną łazienką, mężem na trzech etatach (i brakuje poważnie kasy), z drugą łazienką w dużej mierze skutą, więc dziura, jaskinia i inne takie tam…

I pomyślała Kowalska, że ma to gdzieś, że sama się nauczy w praktyce kafelki kłaść (w teorii jest świetna), że sama wszystko zrobi do momentu wyprowadzki… Gówno. Rozkraczyła się przy pierwszych drzwiach z litego drewna do wyniesienia, na schodach.

Czemu drzwi z litego drewna są do wyrzutu. Ano dlatego, że rzez dwadzieścia lat wisiały luzem na framudze. Ani zamknięte były, ani ogrzewane jak trzeba. Temperatura wahała się od minusowych, do mocno dodatnich, w zależności od pory roku i wypaczyły się. Wypaczyły się tak bardzo, że trzeba by je pociąć i posklejać na nowo… koszt przewyższający możliwości finansowe.

Najpierw do wymiany posły drzwi od łazienek, bo miało być szybko. Tu o dziwo bez problemów obyło się. Chociaż przy wywalaniu framugi poprzednich drzwi mocno ucierpiała obecna tam boazeria, której Kowalscy nie zamierzają wywalać (z powodu kasy i z powodu ilości roboty, jaką mieliby po jej zdjęciu).

Potem poszły na rzeź drzwi od dziecięcych pokojów i sypialni… Ale o tym kiedy indziej

 

Podziel się tym z innymi 🙂

2 komentarzy do “I totalny brak współpracy…

  1. Ale jak już Kowalskie przebrną przez tę sztafetę, w której jedna awaria płynnie przekazuje pałeczkę następnej, będą silni i szczęśliwi 😉 Ze zrywaniem boazerii rzeczywiście trzeba uważać, bo może się okazać, że pod spodem kryją się dziury jak stąd do Kansas. Miałam kiedyś przyjemność z “sidingiem” (!), który po prostu trzeba było usunąć, choćby mieszkał pod nim sam diabeł. Jak już usunęliśmy, zrozumieliśmy co autor miał na myśli, chociaż braku gustu w doborze materiału nie udało się wytłumaczyć. Drewno byśmy zostawili 🙂
    kibicuję Wam z pełnym zrozumieniem 😉

  2. Dziękujemy. Na razie końca nie widać. Niby jest jakieś światełko w tunelu, ale nie wiemy czy to nie błędny ognik 🙂 Szczerze zazdroszczę, że macie to już za sobą (ale bez zawiści):).

Dodaj komentarz