“Boski” tydzień

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Tydzień zaczął się całkiem niewinnie.

Od niesamowitego bólu głowy,  od zasmarkanej i kaszlącej Gwiazdki…

I od tego, że Smykowi wyrżnęły się dwie stałe dolne dwójki a mleczaki nadal tkwiły w dziąśle i trzeba było je wyrwać. I od tego, że Kowalskiej godzina wizyty się popie… i okazało się, że nie na 10tą rano, lecz w samo południe. Zmiana ta z kolei doprowadziła do kompletnego rozwalenia planu dnia. Rozwalony plan dnia z kolei doprowadził do przykrego i niezasłużonego focha skierowanego przeciwko Kowalskiej, który skutecznie skwasił rzeczonej humor na dwa dni. I dodatkowo w skrzynce z dentystycznymi nagrodami były tylko “babskie” pierdoły, co wymusiło na Kowalskiej obietnice, że w tygodniu pojadą do jakiegoś sklepu po małą nagrodę.

Przyszła Kowalska tez do roboty i tu też “peszek”. Terminal przestał działać i klientka, która chciała zapłacić znaczną sumę na zapas, nie zapłaciła w ogóle, ale będzie za kilka dni, to może wtedy?

A potem przyszedł wtorek. Kolejny “boski” dzień tego “boskiego” tygodnia. Wstała Kowalska rano i została boleśnie zaatakowana przez kota, który w amoku wspiął się po nodze właścicielki jak po drzewie w pogoni za sznurkiem od piżamy. Zostały ładne okrągłe zadrapania z ładnym okrągłym siniakiem przy każdym. A potem zaczęło się.

Najpierw Kowalska była umówiona po odbiór cudownych wiejskich jajek. Okazało się, że czas nagli, bo dostawca jajek ma inne plany, a tu Babcia Sofi, która zawsze przychodzi za wcześnie, tym razem przybyła spóźniona ponad 10 minut. Leci Kowalska do samochodu i stwierdza, że tylko jej auto stoi w cieniu i musi zostać oskrobane. A przecież się spieszy. Z jajkami zdążyła.

Leci do starego-nowego domu.

Dolatuje. Patrzy i własnym oczom nie wierzy. Poprosiła chłopaków od łazienek, kilka dni temu, żeby w wymianie – przysługa za przysługę – wycieli kilka drzewek. Pokazała które. Powiedziała dlaczego. Kowalska jest posiadaczką 12 pieńków wiśni (samosiejek) na powierzchni dwóch metrów kwadratowych, podczas gdy cały teren przed domem ma raptem 100 metrów kwadratowych (i jeszcze mniej z tyłu), więc chciała przerzedzić pieńki. Nie jest przecież ani zagorzałą “przetworniczką” jakichkolwiek darów natury ani też nie jest w stanie zeżreć takiej ilości wiśni, jako że jest jako jedyna w ogóle w rodzinie ich fanką. Poprosiła zatem chłopaków od łazienek, żeby wycięli trzy wiśnie, takie najbardziej zawadzające. Wyłażące z gałęziami daleko poza teren “posesji” lub zagradzające ścieżkę, bo rosły sobie zupełnie bez kontroli. Przyjeżdża i co widzi? Wycięte są wszystkie inne oprócz tych trzech.

Wchodzi do środka.

Łazienka się nie ruszyła z miejsca. Nie, że Kowalska spodziewała się, że cudownie zostanie zakończona, ale zawsze mogłaby być bardziej ku końcowi niż dwa dni temu. No cóż. Nie była.

Ściana płaczu Kowalskiej w świetle dziennym zdradziła wiele niewybaczalnych niedociągnięć. Podobnie rzecz się miała z  innymi ścianami kończonymi  “po ciemku” czyli w świetle żarówek.

Wyszła Kowalska ze starego-nowego domu w stanie mało szczęśliwym.

Jedzie do pracy. Głodna, że o matko. Leci do pobliskiego sklepiku, w którym nie można płacić kartą po bułki na kanapki, a tu reszty nie ma wydać, wcale a wcale więc zapomnij o jedzeniu.

Poszła zatem Kowalska znacznie dalej po jedzenie.

Wróciła do roboty. Okazało się, że środkowe klientki się poprzenosiły i Kowalska ma jakąś mega dziurę po środku, której nie wiadomo nawet czym sobie zapełnić. W tym też wypisała się klientka, która nie mogła zapłacić na zapas w poniedziałek awarii terminala płatniczego.

W międzyczasie zadzwoniła Niania z informacją, że jedyna “działająca” patelnia u Kowalskich się właśnie rozpadła.

Kowalska skończyła pracę, a właściwie niemal posiadówkę w pracy i pojechała na zakupy do Hipermarketu. Tam przy kasie okazało się, że akurat najbardziej potrzebna na jutro papryka w proszku ma rozerwaną torebkę, całkiem, i sypie się. Trudno, poradzi sobie bez papryki.

Kupiła co mogła, zmokła, coś ją przewiało, i nie mogła za cholerę wyciągnąć złotówki z koszyka.

Do domu jechała przepisowo bardzo, zastanawiając się co jeszcze dzisiaj może ją spotkać.

Przyszła do domu. Dowiedziała się od Niani, że Smykowi zdjęcie rodzinne potrzebne na jutro. Kowalscy nie wywołali żadnego zdjęcia od 3 lat. Kowalski zatem na sygnale pojechał do automatu jakieś wywołać. Po jego powrocie Smyk oznajmił, że t jednak na “pojutrze”.

Dzień się skończył.

We środę Kowalska na oparach zajechała na stację paliw. Nie mogła odkręcić korka od paliwa. Przyszedł Pan z pomocą. Walczył z korkiem kilka minut. Wezwał pomoc. Walczyli razem. Kowalska miała zamiar już zostawić samochód na stacji i udać się do domu, ale w ostatnim momencie, kiedy już wszyscy się poddali, korek puścił. Dobre chociaż to.

Koleś od kafelków potrzebował części wypłaty po 22 giej w nocy, bo dziecko chore.

We czwartek Smyk zgubił klapki basenowe. Trzecie w tym roku. Wzięła Kowalska Smyka i pojechali po zabawkę i klapki. Kupili wszystko prócz klapek.

W piątek, w piątek było w miarę ok. Nic się właściwie nie działo, prócz pękniętej butelki po musztardzie, pomyleniu mąki z cukrem pudrem przy robieniu naleśników, i awarii głośnika w komórce Kowalskiej. Połaziła też Kowalska po sklepach meblowych w poszukiwaniu łóżka dla Gwiazdki i okazało się, że albo bierze malutkie, albo gigantyczne, albo płaci znacząco drożej za dopasowane.

Sobota. Kłótnia z Nianią. Pierwsza. Właściwie nawet nie kłótnia. Kowalska się wydarła na Nianię. Dlaczego? Junior jakiś czas temu napomknął, że w jakąś sobotę, nie sprecyzował jaką, idzie do koleżanki na próbę, nie sprecyzował jaką próbę i do której koleżanki. Tak, dziecko rośnie, tak trzeba się przyzwyczajać, ale wróciła Kowalska do domu i okazuje się, że Niania wypuściła Juniora gdzieś (bo mama wie), i nie wie, do kogo, jaki adres, jak ma na imię koleżanka, kiedy wróci. I jeszcze bez komórki poszedł. Poniosło.

Niedziela. Ktoś z pracujących wyniósł Kowalskim z nowo-starego domu telewizor. Nowy. Niespłacony.

Poniedziałku, bądź super. Kowalska wręcz błaga.

Podziel się tym z innymi 🙂

3 komentarzy do ““Boski” tydzień

Dodaj komentarz