Niedoczas z cyrklem w tle

cyrkiel

A tak, istnieje takie słowo jak “niedoczas”. Kto nie zna definicji, ten po przeczytaniu wpisu, będzie wiedział.

Kowalska w pracy. Robi. Dzwoni telefon. “Niania”. Odebrać trzeba natychmiast, bo Niania akurat z Dziećmi. “Halo? Czy wiesz coś o tym, że Smyk na jutro nie musi lekcji odrabiać, bo gdzieś idą?”

Zadumała się Kowalska, przeleciała w głowie cały kalendarz “imprez”, nic, czarna dziura. No gdzież “oni” idą? No cóż, trzeba do Antosiowej napisać z zapytaniem. Ileż razy ta Kobieta życie ratowała, bo jakoś zawsze zorientowana, co gdzie w szkole piszczy, a Kowalska raczej rzadko kiedy.

Sms: Smyk twierdzi, że jutro nie ma lekcji. Wiesz coś o tym?

Odp: Jutro choinka. Lekcji nie ma (…)

Noż [cenzura]! Dlaczego wszyscy wiedzą, że choinka a Kowalska się z choinki urwała???

Środek pracy. Smyk pewnie chce się w coś przebrać. Ciekawe za kogo?… Za ninję! Pół biedy. Komin narciarski jest, czarne spodnie dresowe są, czarna kamizelka jest… Czy on ma jakąś czarną bluzkę? Czy ninjom nie wiewają się jakieś tasiemki tu i ówdzie?

Dziewczyny z naprzeciwka poratowały sporą ilością czarnej taśmy, bluzkę Kowalska zakupiła w hiper markecie… Wróciła do domu, rozejrzała się co i jak, przymierzyła na Smyka co i jak, i obszywa “taśmami” to i owo. I oczywiście Posypka zainteresowana co to się tak wiewa zachęcająco, a co to za nitka tak zwisa, a co z całą szpulką nitki można robić… I zdziwiona potem, że Kowalska się z szyciem w łazience przed nią zamknęła.

Gwiazdka pod drzwiami: Maaaa – mooo, ja chcę być lózowym ninją, plosę, plosę, plosę. Zlobis mi tes stlój ninja? Lózowy? Co? Mamo?

Ale pyta Kowalska Smyka, dlaczego i jakim cudem informacja o “Choince” jej umknęła. A Smyk na to, że owszem kartka jakaś była, że trzeba było do dzienniczka wkleić, ale on zgubił i tyle.

Rano obwiązała Smyka gdzie trzeba i poszedł.

Rano też dostała sms: Na jutro modelina i agrafki.

Jako, że “Choinka” kończyła się o 12tej, a Smyk bez obiadu (bo nie są smaczne) i bez kanapki, trzeba dziecko odebrać zaraz po powrocie. Weterynarz umówiony. Modelina do kupienia. I agrafka. (Po przeszukaniu szafek i wywróceniu domu do góry nogami Kowalska znalazła 3 mikro agrafki i jedną większą, ale strasznie pogiętą).

Leci Kowalska po Smyka. Smyk odebrany, odhaczyć można. Ze Smykiem po Posypkę i do weterynarza. Kotu już transporter się źle kojarzy, więc protestuje. Z transporterem i Smykiem do weterynarza. Uszy czyste, można szczepić. Z Posypką do domu, bo Junior ma lekcje odrobić i skończyć zadania na terapię. Kowalska w butach i kurtce wstawia makaron spaghetii, gotuje spaghetii, odlewa, hartuje… Smyk nie chce spaghetii, Smyk chce kanapkę ze szczypiorem. Niedwołalnie. Kanapka ze szczypiorem. Torebka. Samochód. Hipermarket. Półka “artykuły szkolne”. No chyba wszyscy tu byli po modelinę. W końcu gdzieś za farbami akwarelami dogrzebała się Kowalska jakiegoś nierozpoczętego i niepołamanego pudełka modeliny. Agrafkę kupiła na wylocie w jakiejś pasmanterii w stylu”mydło i powidło” (aczkolwiek przytulnej, miłej… chociaż Pani taka sobie), leci do domu. W międzyczasie wymienia pomysły z Najpiękniejszą. Może żeby same pomysły to byłoby krócej, ale jeszcze trzeba przecież pozłorzeczyć i pomarudzić na cały świat. Kowalska, Najpiękniejsza nie marudzi raczej. Czasem może. Rzadko. W każdym razie tym razem Kowalska musiała sobie z wentyla…

Telefon dzwoni. Pani od Przyrody. Konkurs regionalny. Nie poszedł, trudno. Jeszcze jest następny rok. Boże, może i warto powalczyć i popytać czemu tylko dwóch punktów zabrakło i może gdzieś są, no, ale nie w tej chwili, błagam, teraz to się grunt pod nogami pali.

Kowalska do domu. Z konkursem z tyłu głowy.

Junior wraca. Kowalska nakłada mu spaghetii. Goni Smyka do ubierania. Konkurs gdzieś zapadł w niepamięć. Polecieli po Gwiazdkę. Z Gwiazdką powiozły Smyka na terapię. I teraz co? Ani tam siedzieć, bo w korytarzu można zamarznąć, ani do sklepu, bo z Małą to do jutra nie wyjdą a i zakupów będzie 3 razy więcej niż planowano (a coś się nie przelewa w tym miesiącu), w samochodzie na chodzie przez godzinę po prostu stać to też jakiś… jakiś… zły pomysł…

Zabrała Kowalska Gwiazdkę na przejażdżkę po Centrum po zmierzchu. Oświetlenie jeszcze ciągle świąteczne, Gwiazdka wcześniej nie miała okazji zobaczyć, słowem – nie nudziło się Dziewczynie.

Odebrały Brunona. Przyjechały do domu. Zimno. Kowalskiej w ucho nawiało mimo czapki. Wchodzi do domu.

Junior: Mamooo, jest może jakiś cyrkiel w domu? Bo potrzebny na jutro.

Kowalska: A od kiedy o tym wiesz?

Junior: Noooo… hmmm…. nooo, już jakiś czas.

Oczywiście odpowiedniego cyrkla niet. Po dwóch godzinach znaleźli jakiś rozkraczający się przy mocniejszym ucisku i jakiś do maczania w tuszu, chyba powojenny zaraz… Nigdzie Kowalska już nie jedzie! Nigdzie! Zimno! Ucho boli! Nie!

Gwiazdka zaczęła jojczyć, że spać się chce, że laser do zabawy z kotem, że kabanosa, że stloju ninja mama nie zlobiła…

Junior: Dobranoc wszystkim

Kowalska: Jakie dobranoc, jeszcze muszę (taki przykaz) zanalizować z tobą co poszło nie tak w konkursie.

Junior siedzi i czeka. Kowalska usiłuje odrobić lekcje ze Smykiem. A tu zaległości się piętrzą. To, bo był chory, to bo był niewyraźny, to bo zapomniał, to bo nie zaznaczył, a w piątek dyktando i lektura i sprawdzian z godzin i sprawdzian z arabskich i rzymskich i sprawdzian już Kowalska sama nie wie z czego. A piórnik zaginął. Drugi dzień go nie ma. Pojęcia nikt nie ma gdzież on może być. A w plecaku tygodniowy syf. Do wanny trzeba wytrzepać. O i kartka o “choince” się znalazła. A ja pierdo… idziemy spać. Wszyscy. Czekający Junior też.

Podziel się tym z innymi 🙂

Dodaj komentarz