Zakupy

IMG_1455c1

Niby wszystko w domu jest, ale przecież następny dzień wolny i sklepy pozamykane, więc istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że akurat w dzień wolny, kiedy sklepy pozamykane, dziatwa zażyczy sobie do jedzenie, akurat tego, czego nie masz (chociaż przecież wszystko jest). Tudzież samą Kowalską najdzie ochota na coś bliżej nieokreślonego i cały dzień będzie krążyła między szafkami a lodówką i napcha się jakimiś produktami zastępczymi, co na figurę wpłynie niekorzystnie…

Wypada zatem wpaść na chwilkę, dosłownie kilka minut, do supermarketu celem zakupienia kilku „zapchajpaszczy”, dosłownie kilku, najlepiej zdrowych i niskokalorycznych oczywiście.

Do przewidzenia było to, że nie tylko Kowalska wpadnie na pomysł zakupów po pracy. Przecież zawsze przed dniem ustawowo wolnym ludzie wariują i zakupują ilości jedzenia, jakby mieli głodem przymierać co najmniej tydzień.

Korki w mieście, jak na taką średniej wielkości mieścinę, gigantyczne. W żółwim tempie sunie Kowalska na miejsce przeznaczenia. Nawet dobrze się składa, że tak powoli jedzie, bo można w głowie stworzyć listę zakupów, której oczywiście ściśle się będzie trzymać chodząc w alejkach.

Dotarła, kręci kółka na parkingu w poszukiwaniu jakiejś przestrzeni, gdzie by można pierdzikółko zostawić. Znalazła jakąś szczelinę. Wcisnęła autko. Drzwi nawet udało się otworzyć… uchylić. Kuper przeszedł, ale cyc ni kukułki między drzwiami a „framugą” zmieścić się nie chce. Niby takie nic, a nie przechodzi. A już bok autka bardzo ładnie kurtką wypolerowany. Wcisnęła się Kowalska z powrotem do pierdzikółka, wycofała i znów krąży po parkingu. Aż się z łezką w oku czasy „nauki jazdy” przypomniały. Kiedyś ochrona nie była tak czujna i wszelakiej maści „elki” zjeżdżały masowo na tego typu parkingi poćwiczyć trochę. Teraz wystarczy, że się „L” na horyzoncie pojawi, już ochrona w pogotowiu.

Ale nie o tym miało być.

Gdzieś na szarym końcu udało się zaparkować wreszcie. Wysiadła Kowalska z listą zrobioną w głowie (w międzyczasie zmodyfikowaną kilka razy). Deszcz pada. Do najbliższego wejścia spora odległość. Aż się zanuciło Kowalskiej mimowolnie „Złe kilometry dzielą na-as” (Ivan i Delfin)

I teraz co? Koszyk mały weźmie, bo przecież tylko na chwilkę i po małą ilość produktów przybyła.  Ale może jednak wózek? I zaparkowane koło wiaty z wózkami i przynajmniej będzie można szybko i wygodnie przetransportować tę małą ilość produktów wprost do samochodu, o, i złotówka jest. Zatem wózek.

Hmmm, wejście najbliższe niestety przypadło od przemysłowej strony, nie od spożywczej, a przecież Kowalska tylko po „zapchajpaszcze” wpadła. Ale chwilkę, przecież Smyk ma jakieś „piżama party” w szkole a jego nocny strój jakoś gwałtownie skurczył się w praniu i jakby nie bardzo nadaje się do publicznej prezentacji. Dobrze, niech więc będzie od przemysłowej strony.

O! No masz! Święta już w hipermarkecie. Może kupić jakiś „stroik”, gustowny, zanim przebiorą wszystko. Taki, żeby do Salonu Urody pasował. Pach, do wózka. Hmmm, a może takie bombki kupić… nie, nie, bombek Kowalscy mają od groma, nie trzeba. Ale może te jednak, takie malutkie, ładniutkie, dla odmiany… Kiedyś przecież Kowalska miała taki plan, żeby co roku kupić jakąś ładną bombkę i sukcesywnie wymieniać różne przedpotopowe  plastiki, które dostali „w spadku”. I parę ładnych „Bożych Narodzeń” już nic nie kupiła. Chyba. Pach do wózka.

Co my tu dalej mamy. Tu nic potrzebnego, tu nic potrzebnego, tu nic potrzebnego. O, pościel z kucykami pony! Kurcze, Gwiazdka taka biedna, chora od kilku dni, cieszyłaby się bardzo . Ale mieli Kowalscy oszczędzać… ale tyle razy już Mała wspominała rozmarzona o tej pościeli… No tak, ale jak ona coś dostanie, to i chłopcy będą oczekiwali, że coś w reklamówkach dla nich będzie. Dobra, to pójdźmy na kompromis i kupmy pościel skoro jest dostępna a Gwiazdka dostanie ją na święta.

Bombki do własnoręcznej dekoracji. Fajnie, co jakiś czas Kowalskiej przychodzi do głowy, żeby coś takiego z dzieciaczkami porobić, ale jakoś albo bombek brak, albo czasu… A jutro wolny dzień, dzieci trzeba jakoś od komputerów odciągnąć. Kupimy zatem bombki i różne rzeczy do dekoracji tegoż. A teraz zmykajmy z tej przemysłowej części, bo jeszcze nic z listy nie znalazło się w koszyku.

Godzinę później wyjechała Kowalska z masą różnych rzeczy w wózku. Zapakowała to wszystko w pierdzikółko. No przecież, że nie do bagażnika. W bagażniku jest miejsce na dwie kanapki i colę. Na tylne siedzenie. Jakoś. Kurde. Kowalska nie znosi tak pakować w zgarbieniu, z deszczem padającym na plecy. Kupi sobie większy samochód, z pojemniejszym bagażnikiem, i z klimą, i z podgrzewanymi siedzeniami i z centralnym zamkiem! Kiedyś sobie kupi. Jak już będzie miała wszystkie bardziej potrzebne rzeczy kupione… Czyli na emeryturze dopiero pewnie, gdy dzieci pójdą na swoje. Jasne, na emeryturze. Raz, że dobrze będzie, jak Kowalską będzie stać na podstawowe leki, na choroby starcze i cywilizacyjne. Dwa, że wtedy Kowalska nie będzie potrzebowała robić takich wielkich zakupów skoro już wszyscy będą poza domem… No chyba, że na święta. Ale chyba by ją pokręciło, gdyby siwiutka babcia ciągała mega wielkie zakupy by wszystkich z rodzinami ugościć… i za co te wielkie zakupy, skoro emerytury są jakie są. Zresztą przy obecnych planach emerytalnych to Kowalska nie dożyje po prostu tego dziadowskiego świadczenia.  Bo co z tego, że obniżą wiek do 65 lat (ponoć), skoro staż pracy będzie wynosił 40 lat. Jeśli nie dadzą jakieś górnego ograniczenia, to się Kowalska przed 80tką nie wyrobi nijak.

I z takimi oto myślami dojechała Kowalska pod dom. Jak to wszystko zabrać? Na raty. Ale deszcz pada, nie chce się łazić w tę i z powrotem. Może uda się na raz. Dobra jedna ręka zajęta. Buch – łbem w górną krawędź samochodu. Wulgaryzm ocenzurowany. Matko, a jak resztę wyciągnąć? Dobra, pomału, jeszcze trochę… Drzwi kolanem zamknąć. Rozstawić ręce dla równowagi i po to by się reklamówki po łydkach nie obijały. Idziemy. Tuptuptuptuptup. Jeszcze torebka z ramienia zjeżdża. Dolezie? Czy nie dolezie? Pal licho, niech się sobie obijają o łydki, przy rozstawionych rękach szybciej się mięśnie zmęczyły. Tup… tup… tup… tup… Ja pier… Jeszcze kawałek.

Dobra, jak tu domofon nacisnąć skoro ręki do góry nie da się podnieść. Znaczy da się, ale jest to ogromny wysiłek. A reklamówki akurat tak dobrze się w dłoniach ułożyły więc postawić szkoda. Może nosem? Nosem. Nosem. Guzik. Szybciej nos do środka Kowalska wciśnie niż zadziała domofon.

Bo nie można było ściśle według listy, cholera! Albo co kilka dni na raty tych zakupów dokonywać. Nie, trzeba wszystko na raz, na zaś, na wszelki wypadek, a dzieci jutro pewnie będą chciały chleb w jajku… O [cenzura]! Jajek Kowalska nie kupiła!

Podziel się tym z innymi 🙂

1 komentarz do “Zakupy

Dodaj komentarz